Filmowa gra wreszcie stała się filmem
Gra, która czerpała garściami z filmów w końcu sama staje się filmem. Komputerowy „Max Payne” był wypadkową produkcji Johna Woo, starych kryminałów noir i „Matrixa”. Warto też dodać, że wypadkową bardzo udaną, dzięki czemu multimedialny produkt firmy Remedy był ówcześnie, a i do tej pory jest jedną z najbardziej filmowych gier w historii tej dziedziny rozrywki. Zresztą zaraz po premierze tego komputerowego hitu zaczęto mówić o kinowej ekranizacji. W końcu gra udająca film musiała sama stać się filmem. Jednak od mniej do bardziej absurdalnych pomysłów na obsadę sprawa powoli przycichła, by na początku tego roku niespodziewanie odżyć. Pytanie tylko, czy to odżycie było potrzebne? Wydawało się, że filmowy „Max Payne” nie powstanie, bo wszystkie szumne zapowiedzi ucichły, a i twórcy gry jakby przestali się interesować tematem. Zamierzona maskarada? Bardzo możliwe, bo w marcu tego roku nagle wypłynęło pierwsze zdjęcie, na którym Mark Wahlberg wyglądał jak Max Payne. Zaraz potem pojawiły się obsadowe zapowiedzi, a już po kilku tygodniach można było zobaczyć pierwszy zwiastun. No i teraz, w niespełna pół roku od zakończenia zdjęć film wchodzi na ekrany kin. To niebywałe tempo, tym bardziej, że pierwszy klaps w marcu tego roku padł bez towarzystwa mediów. Ta wstrzemięźliwość w promocji i utrzymywanie całej produkcji w sekrecie opłaciło się, bo coraz to kolejne zwiastuny (wypuszczane równie niespodziewanie) tylko rozpalały potencjalnych widzów.
Sam film już tak nie rozpala, choć ekranizacją jest całkiem udaną. Kinowy „Max Payne” to prawie idealna kopia linii fabularnej gry, bo jest morderstwo żony i dziecka, jest narkotyk Valkiria, klub „Rag Na Rock” (w grze nazywał się bodaj „Ragna Rock”), firma farmaceutyczna Aesir i wszystkie najważniejsze postaci z pierwowzoru. Tym samym fani gry już od pierwszej minuty będą znali, a przynajmniej domyślali się ciągu przyczynowo-skutkowego i samego zakończenia filmu. Zresztą scenariusz sprawia wrażenie, jakby był tworzony wedle wyznaczonych wcześniej punktów i jakby to właśnie do nich dostosowywana była cała reszta. Debiutujący w roli scenarzysty (i w ogóle debiutujący) Beau Thorne najwyraźniej zapatrzył się w multimedialny pierwowzór, wziął z niego najistotniejsze elementy i pod nie ociosał całą resztę. Ociosał, bo – i to największy zarzut – fabuła „Maxa Payne’a” sprawia wrażenie pociętej i nielogicznej, której brakuje płynności. Owszem, intryga jest ciekawa ale sposób, w jaki została rozpisana jest najlepszym przykładem na to, jak intryg rozpisywać nie należy.
Na szczęście sprawa wygląda lepiej jeśli chodzi o aspekty formalne produkcji. Największe wrażenie robi scenografia, która idealnie odwzorowuje wszystkie, a przynajmniej większość miejsc z gry. Mroczne klatki schodowe, obskurne korytarze, podłoga w szachownicę – niby proste rzeczy, a jednak cudownie budują klimat. W ogóle o atmosferze w kinowym „Maxie Paynie” złego słowa powiedzieć nie można. Całość została utrzymana w ciemnych barwach, większość scen rozgrywa się w półmroku (cudowne zdjęcia), a za oknem permanentnie pada śnieg albo deszcz. Poza tym na ulicach zalega roztapiający się śnieg, a prawie każda postać chodzi w czarnym płaszczu, bądź równie czarnej skórze. Akurat wizja świata przedstawionego w grze została perfekcyjnie przeniesiona na ekran kinowy.
Zresztą jeśli chodzi o rzeczy pierwszoplanowe, czyli reżyserię i aktorstwo, to filmowy „Max Payne” także stoi na przyzwoitym poziomie. Mark Wahlberg pasuje do tytułowej postaci, a przechadzający się w tle Beau Bridges, Amaury Nolasco, Chris O’Donell, Mila Kunis, Ludacris czy – długie podszyte erotyzmem westchnięcie – Olga Kurylenko mają swoje dobre pięć minut. Szkoda tylko, że wspomniana Kurylenko ma wyłącznie pięć i to pozbawionych roznegliżowania minut. Co do reżyserii, to John Moore przeniósł z gry na kinowy ekran wszelkie niuanse wizualne, bo kamera prowadzona jest często w taki sam sposób, jak w pierwowzorze. Jedyny problem, choć bardziej żal wynika z faktu, że słynny „bullet time” potraktowano w filmie po macoszemu. Pojawia się bowiem w trzech i to dość absurdalnych momentach, a na dodatek poza świetnie zmontowanym dźwiękiem, nie ma w nim nic wyjątkowo efektownego. W ogóle „Max Payne” – jako ekranizacja gry akcji – jest jednak filmem zbyt powolnym, bo zamiast pójść w klimat mrocznej sensacji, twórcy postanowili stworzyć coś w stylu nowomilenijnego kina noir. Tak więc dopiero pod sam koniec puste magazynki uderzają o podłogę, a kulę świszczą w powietrzu. Dla fanów gry może to być kolejny ekranizacyjny zgrzyt, ale na szczęście znajdą tu całą masę udanych rzeczy, która powinna ich w dużej mierze przekonać do – by podsumować – całkiem udanego filmu.
0 komentarze:
Prześlij komentarz